sowa magazine
čet - 31.08.2006
Kaczyńscy zrobili z Polski pośmiewisko - pisze rosyjski dziennik "Kommiersant",
Według gazety, "do wykazu dokumentów, które obowiązkowo powinien przedstawić kandydat na najwyższy urząd w państwie, warto dołączyć zaświadczenie od psychoanalityka". "Niech fachowiec potwierdzi, że kandydat nie cierpi na zadawnione kompleksy i fobie. Dlatego, że gdy wszystko to ujawni się po wyborach, koszty będą o wiele wyższe" - dodaje "Kommiersant".
Dziennik wskazuje, że bracia Kaczyńscy "szli do władzy przede wszystkim po to, by przywrócić historyczną sprawiedliwość, a ściślej mówiąc - wyrównać rachunki z przeszłością, zarówno własną, jak i narodową". Odwołując się dalej do filmu Krzysztofa Zanussiego "Persona non grata", którego bohater - jak zauważa - "koniecznie chciał poznać prawdę" o przeszłości, "Kommiersant" konstatuje, iż "to, co w filmie staje się osobistą tragedią, w skali państwa przekształca się w farsę". "Kaczyńskim w ciągu kilku miesięcy udało się zrobić z kraju pośmiewisko" - ocenia gazeta, przypominając sprawę bezdomnego z warszawskiego Dworca Centralnego, który znieważył głowę państwa, oskarżenia wiceministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza pod adresem b. szefów dyplomacji oraz okoliczności odwołania przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego lipcowego spotkania z przywódcami Niemiec i Francji.
"Wszystko to, podobnie jak skład rządzącej ultraprawicowo- ultralewicowej koalicji, można by uznać za kuriozum. Jednak agresywna retoryka pod adresem Niemiec, Unii Europejskiej i Rosji, gotowość do znacjonalizowania obiektów energetycznych, byle tylko nie dopuścić niechcianych inwestorów, pozytywny stosunek do kary śmierci i niepohamowane dążenie do demaskowania przyczajonych agentów - to już realna polityka" -zaznacza "Kommiersant".
"Nie dyktuje ją jasne rozumienie celów i przemyślana strategia, lecz ogólne zakompleksienie, brak ufności we własne siły. Dla kraju, który uważany był za pioniera przemian i wzorzec pomyślnej transformacji, a który pretenduje do odgrywania znaczącej roli w UE, taki zwrot jest zadziwiający" - podkreśla gazeta.
Jej zdaniem, "sami bracia Kaczyńscy zapewne odbierają to wszystko inaczej". "Wydaje im się, że Polska wreszcie zaprezentowała się jako samodzielne mocarstwo, które się nikomu nie przypochlebia, idzie własną drogą i broni niepodważalnych wartości moralnych" - pisze "Kommiersant".
"Na temat braci można ironizować. Jednak czy w ich postępowaniu nie dostrzegamy własnego odbicia? Z naszymi ciągotami do »historycznego rewanżyzmu« (...), dążeniem do poszukiwania wrogów, (...) uczuciem, że »nie jesteśmy szanowani«, że ktoś próbuje pozbawić nas zasłużonej sławy i chwały"? - pyta dziennik.
"Braciom Kaczyńskim warto się przyjrzeć po to, aby zapamiętać, jak bardzo śmiesznie to wszystko wygląda z boku" - konkluduje autor komentarza Fiodor Łukjanow, redaktor naczelny pisma "Rossija w głobalnoj politikie".
http://wiadomosci.onet.pl/1377668,11,1,1,item.html
sri - 30.08.2006
Lech Wałęsa poinformował o upoważnieniu danym Kaczyńskiemu do prowadzenia tajnych pertraktacji ze Służbą Bezpieczeństwa
Lech Wałęsa nadesłał w środę, 30 sierpnia 2006 r. informację o treści:
Kaczyński i Wałęsa, Magdalenka
"Ja upoważniłem J. Kuronia i jeszcze około 20 osób w różnym czasie do rozmów w tym z SB, bo wtedy podstawowe decyzje były w ich rękach. Wyznaczeni nie byli upoważnieni do podejmowania decyzji, a tylko do odblokowania marszu do Wolnej Polski. Tajne negocjacje prowadził w jakimś czasie między innymi z mojego polecenia Kaczyński. W tym przypadku chodziło o to by wyrwać komunistom P. Jóźwiaka i P Malinowskiego z ich organizacjami i osadzić zamiast zgłoszonego Kiszczaka Premierem Tadeusza Mazowieckiego".
W nadesłanej przesyłce mowa też o wystąpieniach Kancelarii Prezydenta RP oraz rzecznika Prasowego Rządu zaprzeczających informacji o udzieleleniu braciom Kaczyńskim przez Lecha Wałęsę upoważnienia do prowadzenia tajnych rozmów ze Służbą Bezpieczeństwa.
Komentarz:
Nie wiadomo, czy oficer Służby Bezpieczeństwa znany jako Lesiak prowadząc w latach osiemdziesiątych służbowe rozmowy z Kuroniem i braćmi Kaczyńskimi pytał ich o upoważnienia do występowania w imieniu Lecha Wałęsy. Wiadomo natomiast, że Służba Bezpieczeństwa posiadała w tym czasie niczym nie ograniczony, bezpośredni dostęp do Wałęsy, który po 13.12.1981 r. był dla władz PRL taką samą prywatną osobą jak bracia Kaczyńscy, Kuroń i każdy inny członek 10 milionowego, byłego NSZZ "Solidarność".
Nie wiadomo, jak długo jeszcze Kancelaria Prezydenta RP i Rzecznik Prasowy Premiera tak samo hiperaktywnie i nadgorliwie reagować będą na każdą informację dotyczącą prywatnej przeszłości osób powołanych do pełnienia w Polsce funkcji publicznych.
Tekla Stańczyk
http://sowa.beeplog.de/17379_168841.htm
Ja upoważniłem J. Kuronia i jeszcze około 20 osób w różnym czasie do rozmów w tym z SB , bo wtedy podstawowe decyzje były w ich rękach . Wyznaczeni nie byli upoważnieni do podejmowania decyzji , a tylko do odblokowania marszu do Wolnej Polski ..Tajne negocjacje prowadził w jakimś czasie między innymi z mojego polecenia Kaczyński .w tym przypadku chodziło o to by wyrwać komunistom P. Jóźwiaka i P Malinowskiego z ich organizacjami .i osadzić zamiast zgłoszonego Kiszczaka Premierem Tadeusza Mazowieckiego
W związku z wypowiedzią L. Wałęsy, (...) Kancelaria Prezydenta RP poinformowała w komunikacie przesłanym wieczorem PAP, że "Prezydent RP Lech Kaczyński nigdy nie był upoważniany przez Lecha Wałęsę do prowadzenia rozmów lub negocjacji z funkcjonariuszami organów bezpieczeństwa PRL i nigdy o takie upoważnienie nie zabiegał. Nigdy też takich rozmów z przedstawicielami SB nie prowadził".
"Rozmowy prowadzone w 1989 r. z Jerzym Jóźwiakiem (Stronnictwo Demokratyczne) i Romanem Malinowskim (Zjednoczone Stronnictwo Ludowe) dotyczyły pozyskania poparcia tych partii dla rządu z niekomunistycznym premierem na czele. W rozmowach tych brał udział Jarosław Kaczyński.Dzięki osiągniętemu porozumieniu możliwe było powstanie rządu z Tadeuszem Mazowieckim jako premierem" - podano w komunikacie.
Niemal identycznej treści oświadczenie przekazał wkrótce potem Rzecznik Prasowy Rządu. Podał w nim, że "premier Jarosław Kaczyński nigdy nie był upoważniany przez Lecha Wałęsę do prowadzenia rozmów lub negocjacji z funkcjonariuszami organów bezpieczeństwa PRL i nigdy o takie upoważnienie nie zabiegał. Nigdy też takich rozmów z przedstawicielami SB nie prowadził".
Wiadomo natomiast, że używanie samolotów, samochodów i telefonów służbowych tudzież wykorzystywanie podległych pracowników do celów prywatnych sprzeczne jest z normami unijnymi.
Wiadomo, że jeśli Polska jest już takim samym unijnym państwem dobrobytu jak grecka część Cypru i Królestwo Belgów, gdzie każdy obywatel ma niezbywalne prawo do posiadania własnej przeszłości prywatnej i przyszłości politycznej, a nawet może mieć na utrzymaniu żyda w rodzinie, być pedałem, homoseksualistą i nie musi wcale za pomocą stażystki prostować sobie na sposób amerykański cygar, ani odcinać się rzecznikiem od niedwuznacznych pomówień o haniebną przeszłość, gdyż Służba Bezpieczeństwa, carska Ochrana i Gestapo gromadziły przecież na mikrofilmach nie wice i domysły, pełnomocnictwa jednych wystawiane drugim, lecz podpisane zeznania, konkretne dowody, przy pomocy których każdego według potrzeb długo jeszcze będzie można brać w obroty, na serio.
Status osoby pokrzywdzonej przez IPN Kurtyki nadany został przez kilka wysoko postawionych osób byłej wiceprzewodniczącej Platformy Obywatelskiej Zycie Gilowskiej jeszcze przed ogłoszeniem orzeczenia przez sąd lustracyjny.
Bezprawnego wpływania na orzeczenie sądu lustracyjnego w IV Rzeczypospolitej dopuścił się premier Jarosław Kaczyński a także wicepremier Andrzej Lepper. Kaczyński zaszczycił Zytówkę kolejnym zaproszeniem do koryta, a Lepper wzruszył się z wdzięczności, że żaden Polak nie pyta już o żydokomunistyczną przeszłość ojca Izraela, aktywisty PPR, mniej aktywnego w PZPR (więcej na ten temat w Andrzej Lepper: Każdy kij ma dwa końce. Nowa droga dla Polski. Warszawa 2001, s.16, ISBN 83-86610-12-3).
W cyrku antylustracyjnym, obejmującym także działania sądu lustracyjnego, protokolantka przenosi magnetofon z pulpitu dla świadków na stół sędziowski, do którego świadek przechodzi, żeby zidentyfikować swój podpis na jakimś dokumencie, sędzia Małgorzata Mojkowska poucza protokolantkę, żeby dobrze i uważnie słuchała, bo sąd nie będzie powtarzał każdego słowa po świadkach, a następnie ten sam domiar wysokiej niesprawiedliwości, niereformowalny w Polsce od 1944 roku, wkłada w usta świadka swoje słowa, żeby protokolantka zaprotokołowała to, co protokolantka nagrywa na przeróżnych nośnikach i co już na wideo nagrała Polska cała.
W cyrku antylustracyjnym publiczna telewizja Wildsztajna pokazuje od tyłu sylwetki złoczyńców, terrorystów z aparatu państwowego terroru PRL. Polacy wpatrują się godzinami w tyłki wyniesione bezkarnie z haniebnej przeszłości, w które żaden demokrata nie kopnął, nie przetrzepał chociażby z tego, że w ubeckim PRL-u Zytówka Gilowska zrobiła niczym nie zamąconą karierę uniwersytecką, zdawała spokojnie egzaminy z filozofii marksistowskiej i egzaminowała ostro z ekonomii politycznej socjalizmu w połączeniu z walką klas, a nie miała przy tym zielonego pojęcia, że wywiązuje się z zadań nałożonych przez komunistycznych oprawców na tw. Beata, z którą patyczkuje się kontrwywiad Służby Bezpieczeństwa z musu, bo opiniuje akurat pozywywnie przebywającego w ZSRR na wieloletniej delegacji służbowej szanowanego powszechnie męża tw. Beata.
W cyrku antylustracyjnym jeden Kaczor ujawnił fałszywe dokumenty wytworzone przez jakiegoś ubeka, drugi Kaczor wsypał głupio lekarza, który przed laty chciał go ponoć ratować i dlatego wpisał mu do karty zgonu historię choroby człowieka, co wypłynął na swoje na sąsiednim łózku po tym, jak Prezydent Wałęsa wpuścił Kaczorów do biura z zadaniem nie ruszania niczego, oprócz atramentu.
Antylustracja została wykonana. Od podjęcia decyzji, Magdalenki z udziałem Kaczorów i Wałęsy minęło 17 lat. Kasia Tusk jest dzisiaj tak samo urocza i przystojna jak przed laty jej tata i ma przed sobą przyszłość tak samo jak Jarek Wałęsa, którego Wachowski trzymał niegdyś krótko, albo i nawet do chrztu. Teraz wraca znowu do łask jak stara piosenka, białe żagle, żółte liście, pod pokładem trawka, w trybach antykomunistycznych dążeń Narodu Polskiego piach.
Tekla Stańczyk
mp.3 sierpnia 2006
http://de.groups.yahoo.com/group/sowa-frankfurt/message/422
uto - 29.08.2006
Kuroń - bohater narodowy narodu międzynarodowego, czy zdrajca z KOR-u ?
Dokument nr 2
St. Insp. Wydz. II Dep. III MSW
mjr J. Lesiak
[podpis odręczny]
Źródło: IPN 0204/1417 t. 12, k. 65-67.
1985, 16 września – Notatka z rozmowy płk. Wacława Króla i mjr. Jana Lesiaka z Departamentu III z Jackiem Kuroniem, przeprowadzonej 14 września 1985 r.
Warszawa, dnia 1985-09-16.
TAJNE
NOTATKA SŁUŻBOWA
z rozmowy z Jackiem KURONIEM, przeprowadzonej w dniu 1985-09-14
(...)
– omawiając sytuację społeczno-gospodarczą w Polsce powtórzył tezy prezentowane w wywiadach dla dziennikarzy zachodnich. Na tle tych ocen ponownie podtrzymał koncepcję stworzenia społecznego ruchu odbudowy gospodarki, bowiem – jego zdaniem – reforma gospodarcza uległa załamaniu;
– warunkiem stworzenia takiego ruchu jest „zrobienie przez władze pierwszego kroku w kierunku społeczeństwa”. Ten krok – zdaniem J. Kuronia – mógłby się wyrażać w akceptacji rozwoju swobodnego ruchu samorządowego lub zgody na reaktywowanie związku zawodowego „Solidarność” według nowej ustawy o związkach zawodowych. Jako formę realizacji „pierwszego kroku” widzi możliwość nieoficjalnego przeprowadzenia rozmów z określoną grupą osób, która z kolei przeprowadziłaby konsultacje zarówno z TKK, jak i b.[yłymi] czołowymi działaczami w poszczególnych regionach. Znalezienie w toku tych rozmów modus vivendi przyczyniłoby się – zdaniem J. Kuronia – do przezwyciężenia istniejącej sytuacji patowej. Nie zaprzecza, iż kierownictwo państwowe pragnie istotnych zmian w sferze ekonomicznej, lecz wysiłki te są blokowane przez niechęć i niewiarę większości społeczeństwa, które straciło zaufanie. W przypadku znalezienia formuły porozumienia TKK – zdaniem J. Kuronia – winna zobowiązać się do wydania polecenia rozwiązania wszystkich struktur konspiracyjnych i swojego przedstawicielstwa na Zachodzie. Ocenia, iż takiej decyzji TKK podporządkowałby się cały układ organizacyjny. Poza tą decyzją – wg J. Kuronia – pozostałaby „Organizacja Solidarności Walczącej” oraz różne – jak z ironią podkreślił – „partie polityczne”, co jednak nie miałoby – jak stwierdził – większego znaczenia;
– stwierdził, iż wiadomo mu, że były ze strony władzy propozycje ewentualnego reaktywowania „Solidarności”. Odmówił odpowiedzi co do czasu, miejsca i osób w nich uczestniczących. Propozycje sformułował następująco:
a) eliminuje się z nazwy związku słowo „Niezależny”,
b) struktura organizacyjna tylko branżowa’
c) związek przyjmuje na siebie odpowiedzialność za aktywny udział w łagodzeniu nastrojów społecznych wynikających z obniżenia stopy życiowej oraz za rozwiązanie problemów ekonomicznych,
d) sporządzona zostaje liczba osób, które nie mogą być członkami tego związku. (...)



