sowa magazine

sub - 29.04.2006

bezczelność nie zna granic w Unii Europejskiej: byli urzędnicy Fundacji goszczą się w Niemczech za publiczne pieniądze

Slika na MojBlogu
sobota, 29 kwietnia 2006
w nagrodę za skandale finansowe we Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

w Polsce prokuratura  bierze pod lupę żydów: Sułka i Parysa, bo wypłacili sami sobie - jako dyrektorzy Fundacji, która miała wypłacać świadczenia dla Polaków, ofiar narodowego socjalizmu, a nie wypłaca ani grosza - mimo  interwencji Kancelarii Prezydenta RP nakazującej zajęcie się konktretną, indywidualną sprawą Biuru Rzecznika Praw Obywatelskich i mimo pisma w tej sprawie do premiera RP Kazimierza Marcinkiewicza z 13.01.2006 -

 gazeta wyborcza 

tymczasem Urząd Miejski Frankfurtu nad Menem

 zaprasza syna ofiar nazistowskich 

Stefan Kosiewski, Saskia Schneider, Klaus  Sturmfels 12:24, kulturzentrum , der Vorstand - zarząd
Link Skomentuj »

na uroczyste przyjęcie z udziałem odwołanego dyrektora,

http://dpg.blox.pl/2006/04/fr-Donnerstag-den-4-Mai-2006-zu-einer-Feierstunde.html

który jako odwołany urzędnik RP jest już chyba tylko i wyłącznie osobą prywatną i jako taka może sobie na własny koszt wyjeżdżać z Polski na Zachód, zaś były agent służb specjalnych PRL, kasujący wciąż jeszcze jako Ambasador RP w Berlinie, zobowiązany jest chyba do poinformowania władz miejskich Frankfurtu, że odwołany urzędnik w Polsce nie może być we Frankfurcie przyjmowany oficjalnie, a na spotkanie z byłym urzędnikiem się nie chodzi

http://rpo.blox.pl/2006/01/13012006-do-Premiera-Kazimierza-Marcinkiewicza.html

objavio , 29. travanj 2006 18:29:00 | link | (0) komentari


pet - 28.04.2006

Jom HaSzoah 2006 Poland, Lodz - Radegast

Slika na MojBlogu
ostatnia aktualizacja 26-04-2006 15:06 Ponad tysiąc młodych Polaków i Izraelczyków wzięło udział w uroczystościach ku pamięci ofiar Holocaustu na stacji-mauzoleum Radegast. http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35136,3306577.html STACJA RADEGAST Stacja kolejowa Radegast. Drewniany budynek, wysoki zaledwie na siedem metrów, tak niepozorny, że na fotografii z czasów II wojny światowej niknie za stertami desek. Radegast był stacją kolejową łódzkiej zamkniętej dzielnicy żydowskiej. Leżał na północno-wschodnim krańcu getta, już poza jego granicami. Z terenem getta łączyła go ogrodzona z obu stron kręta droga. Nią właśnie odchodzili gettowi Żydzi. To na stację Radegast docierało skąpe zaopatrzenie getta. To stąd odjeżdżały na śmierć kolejne transporty... na północny-zachód do Chełmna nad Nerem, pierwszego w Polsce obozu zagłady, i na południowy-wschód do Oświęcimia (Auschwitz). Wywózki zaczęły się 16 I 1942 roku. Pierwszy transport odjechał ze stacji Radegast w kierunku Chełmna. W ciągu czterech miesięcy, do 15 V 1942 roku, z getta zostali wysłani na śmierć wszyscy pobierający zasiłki, więźniowie i handlarze, a zaraz po nich Żydzi zachodnioeuropejscy. Kilka miesięcy później, we wrześniu 1942 roku z dworca Radegast odjechały do Chełmna transporty ze starcami i dziećmi. Tzw. "wielka szpera" miała przekształcić dzielnicę żydowską w wielki obóz niewolniczej pracy dla hitlerowskiego państwa. W 1944 roku rozpoczęła się ostateczna likwidacja getta w Łodzi, ostatniego getta na ziemiach polskich. 29 VIII 1944 roku ze stacji Radegast odszedł do Auschwitz ostatni transport łódzkich Żydów. Zachował się oryginalny drewniany budynek stacyjny. Długi czas był jeszcze używany przez kolej. Dziś wymaga remontu. W jego wnętrzu mieszczą się magazyny. Obok przetrwały - dziś już nieczynne - dwa oryginalne torowiska. To po tych szynach Żydzi jechali z łódzkiego getta do Chełmna i Auschwitz. 29 VIII 2004 roku, w rocznicę odejścia z getta ostatniego transportu, będzie obchodzona 60. Rocznica Likwidacji Getta w Łodzi. Jednym z kluczowych elementów tych obchodów ma być readaptacja stacji Radegast i przekształcenie jej w miejsce pamięci i ośrodek edukacyjno-naukowy. Fundacja Monumentum Iudaicum Lodzense włącza się aktywnie w działania mające na celu ochronę tego obiektu - niemego świadka ostatniej drogi tysięcy Żydów, którzy przeszli przez łódzkie getto. http://www.lodzjews.org/root/form/pl/radegast/index.asp ----- Original Message ----- From: "Marek Szukalak" Sent: Friday, April 28, 2006 12:02 AM Subject: Fw: Wysyłanie wiadomości e-mail > foto: Andrzej Stanislawski > > pozdrowienia > Marek Szukalak
Browse Images
objavio , 28. travanj 2006 3:41:00 | link | (0) komentari


sri - 26.04.2006

Paweł Smoleński: Na co Maćkowi ta Warszawa? gazeta wyborcza 23-04-2006

Slika na MojBlogu
press international em*PIK society
środa, 26 kwietnia 2006
Paweł Smoleński: Na co Maćkowi ta Warszawa? gazeta wyborcza 23-04-2006
 

Na co Maćkowi ta Warszawa?

 Paweł Smoleński 23-04-2006, ostatnia aktualizacja 21-04-2006 20:38

Trzymajcie się z dala od polityki - radził Maciej Łopiński swoim kolegom dziennikarzom. Sam został rzecznikiem prezydenta. Po co mu było jeść tę żabę?

Książkę wymyślił Mariusz Wilk, przed Sierpniem członek studenckiej opozycji i niezależny dziennikarz. Miał najlepsze dojścia do ukrywających się działaczy. Nosi tytuł „Konspira - rzecz o podziemnej »Solidarności «”.

Jednak z pomysłu wyszłyby nici, gdyż Wilk rychło idzie siedzieć. Szczęśliwie wcześniej doprosił do projektu dwóch dziennikarzy z Trójmiasta - Zbigniewa Gacha, a potem Macieja Łopińskiego. Maciek był z nich najstarszy, z największym doświadczeniem dziennikarskim. Jest rok 1983.

- Chcieliśmy rozmawiać z czterema ukrywającymi się przywódcami największych regionów: Bogdanem Borusewiczem z Gdańska, Władysławem Hardkiem z Krakowa, Władysławem Frasyniukiem z Wrocławia i Zbigniewem Bujakiem z Warszawy - opowiada Gach. - Lecz rychło liczba naszych rozmówców się rozrosła - wyszło ponad 50 nagranych kaset, tysiąc stron maszynopisu.

Gdy wypuszczają Wilka, jadą we trzech do Polanicy Zdroju, a potem do Jaszkowej Górnej. Niektóre z rozdziałów piszą w remontowanym muzeum; nie wychodzą na zewnątrz, nie palą światła, ktoś podrzuca im jedzenie. Po sześciu tygodniach książka jest gotowa.

"Konspira" to książka instruktażowa, rozchwytywana przez czytelników. Sprawnie napisana, tłumaczona na kilka języków, wielokrotnie wydawana przez różne oficyny, od podziemnych w Polsce i emigracyjnych w Paryżu, po wydawnictwo uniwersytetu w Berkeley. Szczera do bólu, krytyczna wobec "Solidarności", choć w tamtych czasach łatwo było popaść w bałwochwalstwo. Z pewnością jedna z najważniejszych i najlepszych pozycji powstałych w stanie wojennym. Na dobrą sprawę Łopiński, Gach i Wilk mogliby w latach 80. już nic więcej nie napisać. Za tę książkę, panowie, czapka z głowy.

Dziś tylko Mariusz Wilk nadal para się dziennikarstwem - mieszka gdzieś na północy Rosji, pisze zanurzone w archaicznym języku reportaże o posowieckim świecie. Zbigniew Gach odszedł z zawodu i jest na rencie.

A Maciej Łopiński u schyłku grudnia 2005 r. został rzecznikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Przed laty mówił, że jedną z jego najmądrzejszych decyzji po 1989 r. było trzymanie się z dala od czynnej polityki. Zresztą powtórzył to zdanie, gdy kilkanaście dni temu spotkaliśmy się w Pałacu Prezydenckim. Nigdy wcześniej nie widziałem Maćka w takim gabinecie i w takim garniturze.

- W Gdańsku moglibyśmy spotkać się na piwie, pogadać - powiedziałem.

- Tak - Łopiński umie się uśmiechać.

- Tu jestem w innej roli.

- Dlaczego?

- Pewnie zostanę dla ciebie zagadką psychologiczną.

I co z tego, że w PZPR?

Wedle dzisiejszego języka niektórych posłów partii rządzącej Łopińskiego można by nazwać lumpeninteligentem; wszak był w PZPR, w dodatku od pewnego czasu na nomenklaturowym stanowisku. W 1975 r. powstał w Gdańsku tygodnik "Czas". Pismo jak na tamte warunki dość zwyczajne: teksty po linii i na bazie, szefostwo z PZPR-owskiej nomenklatury, nad głową szefów cenzura, nad gabinetami cenzorów - Komitet Wojewódzki PZPR. Jednym z szefów gazety był Andrzej Liberadzki. Wypatrzył w trójmiejskim dzienniku "Głos Wybrzeża" złośliwe, inteligentne, precyzyjnie pisane felietony. Rozpytał o autora i tak do tygodnika trafił Łopiński. Został sekretarzem redakcji.

Chyba od tamtego czasu Liberadzki i Łopiński są ze sobą związani tak bardzo jak Lech i Jarosław Kaczyńscy. - To papużki nierozłączki - opowiadają w Gdańsku. - Maciek był dobrym kumplem, lecz przyjaźń z nim zatrzymywała się na pewnej granicy. Dalej miał wstęp tylko Andrzej.

Jednak warto zajrzeć do robionego przez nich tygodnika, by zobaczyć, jak u schyłku lat 70. pismo ewoluuje: z kolorowej, regionalnej gazety drukowanej na kiepskim papierze zmienia się w ogólnopolskie pismo opinii, silne reportażem i publicystyką morską pisane językiem na tyle dalekim od oficjalnego wychwalania PRL-u, na ile pozwalały cugle cenzury. "Czas" musiał drażnić władzę, skoro w 1979 r. ktoś gorliwy postanowił tygodnik zamknąć; pismo uratował ówczesny I sekretarz KW Tadeusz Fiszbach, niebawem jeden z sygnatariuszy porozumień gdańskich, rychło zaliczony do partyjnych reformatorów.

Jeszcze rok i wybucha Sierpień. Wydarzenia w Stoczni Gdańskiej, które wnet rozlały się na całe Wybrzeże, ułożyły dalsze życie Łopińskiego - twierdzi Bogdan Borusewicz, organizator tamtych strajków, a dziś marszałek Senatu. - Ludzie "Czasu" - mówi - pozornie byli po drugiej stronie barykady, a jednak okazało się, że tak naprawdę są po tej samej, co robotnicy i opozycja. Wsparli strajkujących stoczniowców, informowali komitet strajkowy o tym, co dzieje się w KW, wydrukowali w swoim piśmie jako pierwsi w Polsce raport o protestach na Wybrzeżu. Nikt nie miał wątpliwości, że są w porządku, stoczniowcy nie traktowali ich jak reżimowych dziennikarzy.

Łopiński jest cały czas w PZPR, lecz wtedy - dziś brzmi to jak bajka - nikt nie zwraca uwagi na taki drobiazg. Ważne, że robił uczciwą gazetę, jednoznacznie zaangażowaną w przemiany. - W tamtej rewolucyjnej atmosferze - mówi Liberadzki - czuliśmy się jak ryby w wodzie.

Ciągle partyjni, jednak przez "Solidarność" uznani za swoich.

Borusewicz: Miałem do niego pełne zaufanie

Nie ma więc co się dziwić, że w stanie wojennym pismo przestało istnieć, a dziennikarze stracili pracę. Dzięki temu gdańska opozycja zyskała kilkunastoosobowe środowisko po uszy zanurzone w solidarnościowym podziemiu.

- Stan wojenny przetrzebił związek, garść działaczy się przestraszyła, ujawniło się kilku agentów SB - opowiada Liberadzki. - Dzięki "Czasowi" w opozycji pojawili się nowi ludzie, nieznani wcześniej bezpiece. Daliśmy "Solidarności" mocną zmianę aż do Okrągłego Stołu.

Tak samo myśli Borusewicz.

- W solidarnościowym karnawale prawie nie mieliśmy kontaktów - wspomina. - Ale później Maciej i jego koledzy byli moim najbliższym oparciem, współpracowaliśmy na co dzień. Łopiński był rozsądny, bez szaleńczych pomysłów. Nie bał się, wiedział, że trzeba ryzykować. Można było na nim polegać, miałem do niego pełne zaufanie. Nawet kiedy bezpieka posadziła go na trzy miesiące, nie udało się jej rozbić tego środowiska.

13 grudnia Łopiński oddaje partyjną legitymację i wstępuje do zdelegalizowanej "Solidarności". Tworzy lokalny biuletyn związku. Pisze "Konspirę". Siedzi w więzieniu. Kiedy w styczniu 1986 r. zamykają Borusewicza, na moment wypada z podziemia, lecz rychło odnajduje kontakty; redakcja biuletynu znów działa. Wtedy - uważa Borusewicz - Łopiński poznaje Lecha Kaczyńskiego.

- Po mojej wpadce - wspomina Borusewicz - Lech i Krzysztof Dowgiałło na powrót związują nitki solidarnościowej konspiracji.

- To było wcześniej - prostuje Łopiński. - Pierwszy raz widziałem Kaczyńskiego na jakimś konspiracyjnym spotkaniu. Polubiłem go. Ikoną "Solidarności" był odważny robotnik, jak Wałęsa, Bujak albo Frasyniuk. A zobaczyłem rzutkiego, dziarskiego inteligenta.

Mija kilka lat i okazuje się, że działalność w podziemiu przestaje wystarczać. Nielegalna "Solidarność" wychodzi na powierzchnię. U schyłku lat 80. Łopiński jest członkiem tymczasowych gdańskich władz związku i pierwszego ujawnionego przywództwa regionu. Uczestniczy w wiosennym i sierpniowym strajku w 1988 r.

- I w podziemiu, i na powierzchni zachowywał się jak profesjonalista - mówi Borusewicz. - Miałem szczęście, że mogłem współpracować z takim człowiekiem jak Maciej.

- Biuletyn "Solidarności" to była świetna szkoła dziennikarstwa - opowiada Jarosław Kurski. - Maciek uczył mnie pisania, redagował pierwsze moje teksty. Miałem poczucie, że pracuję z prawdziwym zawodowcem.

Tylko chłopcy z podziemnej redakcji (obok Jarka byli tam jego brat Jacek, Piotr Semka i Mariusz Wilczyński - wówczas ledwie 20-latkowie świeżo po maturze w gdańskim liceum Topolówka) podśmiewali się z PZPR-owskiej przeszłości Łopińskiego. Jednak czemu mieliby tego nie robić, skoro sam Łopiński z niej żartował; mawiał publicznie, że dziękuje gen. Jaruzelskiemu za to, że wprowadzając stan wojenny, skutecznie zniechęcił go do realnego socjalizmu.

Zresztą Łopiński był dla nich wzorem niezależnego w myśleniu dziennikarza, nieledwie wychowawcą, nauczycielem zawodu i postaw. Dlatego Jarosław Kurski nie był zdziwiony, że Maciek krzywo patrzył na jego decyzję zostania rzecznikiem Lecha Wałęsy.

- Wydaje mi się - opowiada - że Maciej uważał wtedy, że dziennikarzowi nie przystoi być politycznym urzędnikiem. A przecież ówczesna sytuacja była dalece bardziej klarowna niż dziś. Wałęsa był w końcu niekwestionowanym i uwielbianym narodowym przywódcą, bycie jego rzecznikiem na początku nie oznaczało nic kontrowersyjnego. Mimo to Maciek przestrzegał mnie, że robię błąd, wchodząc w politykę. Dlatego niezbyt rozumiem, czemu zdecydował się zostać rzecznikiem Lecha Kaczyńskiego.

Rozbili się o rynek

Mamy już wolność, a w Trójmieście przy zarządzie regionu "S" powstaje "Tygodnik Gdański" przekształcony z pisma wydawanego w czasie kampanii wyborczej 1989 r. Naczelnym jest Łopiński, gazeta nawiązuje do "Czasu", tyle że nie krępuje jej już cenzura. To pismo otwarte i opiniotwórcze, zrazu konkurujące z największymi ogólnopolskimi tygodnikami. Choć redakcja mieści się w tym samym budynku co regionalne i krajowe władze "Solidarności", nikt z zespołu - tak wspominają - nie czuje presji związku. Zawdzięczają to najpewniej Borusewiczowi, który jako szef regionu pilnował niezależności gazety. Ale i sami nie byli skłonni do uległości.

Tygodnik pada po dwóch latach.

Maciej Łopiński: - Chyba nie chcieliśmy robić współczesnego tygodnika, a raczej coś anachronicznego: duży format, mało kolorów. Nikt nam nie zabrał znaczka "Solidarności", sami też nie chcieliśmy go zdjąć; w pewnym momencie to logo było raczej obciążające. A ekonomicznie byliśmy po prostu bardzo słabi.

Andrzej Liberadzki: - Powinniśmy byli zmniejszyć format i odświeżyć makietę gazety, odmienić się tak jak inne tygodniki opinii, lecz nie mieliśmy na to pieniędzy. Nie udało się nam pozyskać zachodnich inwestorów.

Jarosław Kurski: - Maciej i Andrzej przegrali z rynkiem. Nie umieli prowadzić nowoczesnego tygodnika. Wydawało się im, że skoro mają przydział papieru na pismo, mają gdzie je drukować, mają niezłych dziennikarzy, niezłe teksty i tradycję, do której można się odwołać, gazeta jest skazana na istnienie, jeśli nie zamknie jej jakaś wyższa siła. Tak można było myśleć w PRL-u. Ale nie w nowych czasach.

Awantura o "Wakacje z agentem"

Lecz ani Łopiński, ani Liberadzki nie zostali na lodzie. Pod skrzydła związku trafia "Dziennik Bałtycki"; Łopiński jest odpowiedzialny za sprawy wydawnicze. Tym razem udaje się ściągnąć zachodni kapitał - Francuzom z koncernu Hersant suszył głowę monsieur d'Ornano, arystokrata zaangażowany w polskie przemiany, w prostej linii potomek Marii Walewskiej. Pojawiła się nadzieja, że uda się zrobić dobrą gazetę.

Andrzej Liberadzki: - D'Ornano zginął w wypadku samochodowym, Francuzi stracili zainteresowanie i sprzedali dziennik Niemcom z Passauer Neue Presse.

Bogdan Borusewicz: - Konflikt z wydawcą niemieckim był tylko kwestią czasu. Pod takim patronatem nie można było stworzyć gazety z prawdziwego zdarzenia, ale raczej sensacyjny tabloid.

Pretekst do polsko-niemieckiego sporu znalazł się jednak dopiero po latach. I może to wcale nie był pretekst. Poszło o słynny materiał "Wakacje z agentem" opublikowany w 1997 r. Dziennikarze gazety oskarżyli prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego o kontakty z radzieckim, a później rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem.

Kwaśniewski podał "Dziennik Bałtycki" do sądu. Żeby go ugłaskać, lecz głównie pod presją wydawcy, Liberadzki, naczelny gazety, pisze list, który łagodzi stanowisko redakcji. Jego treść jest wynegocjowana z niemieckim właścicielem: list się ukaże, jeśli wydawca pozwoli dziennikarzom dokończyć sprawę Kwaśniewski - Ałganow. Tymczasem po kilku dniach rzecznik Kwaśniewskiego prezentuje publicznie przeprosiny od właściciela. Przeprosiny - zdaniem Łopińskiego - niepotrzebne i czołobitne.

Liberadzki i Łopiński podają się do dymisji. Razem z nimi odchodzi garść dziennikarzy. Znaleźli miejsce w nieistniejącym już "Życiu".

Liberadzki uważa do dziś, że publikując tekst o Kwaśniewskim i Ałganowie, gazeta postąpiła słusznie. I że przeprosiny wydawcy były nielojalne wobec dziennikarzy, za to zbyt uniżone wobec władzy.

Czy prezes zarabia za mało?

W 1998 r. Łopiński zaczyna pracę w państwowej Agencji Rozwoju Pomorza, rychło przekształconej w firmę samorządową. Cztery lata później jest prezesem Pomeranii, spółki-córki Agencji, zarządzającej miejskimi nieruchomościami.

Niedawno "Gazeta" pisała, że obie firmy są od lat przechowalnią gdańskiej prawicy, a "Maciej Łopiński jako jednoosobowa firma zawarł z kierowaną przez siebie spółką umowę na usługi zarządzania". Jako prezes zarobił 58 tys. zł. Jako szef założonej przez siebie firmy Doza świadczącej usługi Pomeranii - 168 tys.

Marszałek województwa pomorskiego zapewnił, że nic nie wiedział o tej umowie. Oświadczył "Gazecie", że "moralna ocena tej sytuacji jest oczywiście negatywna, co do oceny prawnej natychmiast zażądam opinii".

Łopiński ujawnił obie sumy w oświadczeniu majątkowym, gdy podejmował pracę w Kancelarii Prezydenta. "Gazecie" odpowiedział na piśmie, że umowa między Dozą a Pomeranią "nie podlega regulacjom ze wskazanej ustawy" (kominowej - ograniczającej zarobki w firmach państwowych i samorządowych). Powiedział mi, że z gdańskimi dziennikarzami "Gazety" już dawno ma na pieńku oraz że nie zatrudniał sam siebie, tylko podpisał umowę z radą nadzorczą Pomeranii.

Szefem rady jest Andrzej Liberadzki - jak powiadają w Gdańsku - "brat bliźniak" Macieja.

Być rzecznikiem - wielka pokusa

Bogdan Borusewicz powie, że sam namawiał Łopińskiego, by przyjął propozycję prezydenta. Andrzej Liberadzki doda, że Łopiński jednak się wahał. Obaj są zgodni - na przenosinach do Warszawy stracił finansowo. Oraz że nie jest to najłatwiejszy kawałek chleba.

Liberadzki: - Nie można odmówić przyjacielowi. Maciek poszedł do Warszawy, gdyż - tak jak chyba wszyscy wywodzący się z "Solidarności" - liczył na wielką koalicję PO i PiS, widział Kaczyńskiego w roli patrona takiego układu. Nie wyszło. Nie sądzę, by Maciek czuł się z tym dobrze.

Padną jeszcze argumenty, że bycie rzecznikiem prezydenta, ale tak naprawdę jego doradcą - to wielka pokusa. Że pewnie chciał jeszcze raz uczestniczyć w poważnej polityce, bo w końcu ma polityczny temperament. Wreszcie - że czas spędzony w Agencji Rozwoju Pomorza był jednak swego rodzaju zesłaniem. Oraz że może już nigdy później nie przyjdzie taka chwila, gdy będzie mógł sobie powiedzieć: mam realny wpływ na ważne sprawy.

Bo może - słyszałem od gdańszczan znających Łopińskiego ponad ćwierć wieku - gdy skończy przygodę z prezydentem, będzie mieć materiał na książkę równie pasjonującą jak "Konspira", napisze studium władzy oglądanej codziennie i od środka.

Lecz takie argumenty wysuwają ludzie, którzy nie chcą sygnować ich nazwiskami. Może jest im niezręcznie krytykować wybory przyjaciela? Może boją się, że zostaną uznani za zawistników; wszak sami znają Lecha Kaczyńskiego, lecz nic im nie zaproponował? Albo - co najprostsze - nie akceptują tej decyzji.

- Pytanie fundamentalne brzmi: dlaczego Maciek się zgodził? Kto na nie odpowie, będzie znał odpowiedź na jeszcze ważniejsze: co takiego musi się stać, żeby wrócił z Warszawy do Gdańska? - mówią jego znajomi z Trójmiasta.

Dodają również: - Bądź pewien, że Maciek nie wyjawi ci swoich motywów. Tak samo jak nie przyzna się do porażki swoich nadziei, że powstanie PO-PiS.

- Być może - powie Jarosław Kurski - bohaterowie "Solidarności" stanęli przed najpoważniejszym egzaminem od stanu wojennego. Taki egzamin zdaje dziś również Maciej.

Rzecznik partyjny

Dopuśćmy do głosu geografię i psychologię.

- Warszawa jest prawie 400 km od Gdańska - mówi wieloletni znajomy Łopińskiego, ale też Lecha Kaczyńskiego. - My naprawdę nie wiedzieliśmy, co się tam dzieje. Leszek był tu, Jarek - tam, zbyt daleko, by dostrzec łączące ich więzy. Nie miałem pojęcia, kim jest ten Jarek, co mu w duszy gra, jakie są jego ambicje. Jakim cudem mogłem wyobrazić sobie, że ten gdański brat jest tak bardzo zależny od tego warszawskiego? Gdy Lech wygrał wybory prezydenckie, jego słowa skierowane do Jarosława: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania" potraktowałem jak niestosowny żart. Dziś wiem, że to wcale nie był dowcip.

Usłyszę jeszcze, że polityczna relacja między braćmi jest zadziwiająca. Na pierwszy rzut oka widać, że Jarosław jest tym aktywniejszym, gra pierwsze skrzypce. Ale profity spadają na Lecha: był prezesem NIK-u, ministrem sprawiedliwości, teraz jest prezydentem.

A Jarosław? Owszem, dziś jest potężny i wpływowy, lecz - z formalnego punktu widzenia - to tylko szef partii. Wcześniej był ledwie politykiem uważanym dość powszechnie za speca od gabinetowych rozgrywek i taktyki, znanym z radykalnych wystąpień, zapętlonym w spiskową wizję świata, zawsze skorym do opisywania prawdziwych i domniemanych intryg i układów, do tego sfrustrowanym i pełnym kompleksów, bo przez kilkanaście lat odsuniętym od realnej władzy, nieakceptowanym na salonach.

- Jarek odreagowuje lata politycznego niebytu - mówi polityk z Gdańska niezwiązany z opozycją - choć przecież zawsze był obecny, lecz mniej, niż tego chciała jego ambicja.

A może bezwzględną lojalnością wobec brata Lech Kaczyński odpłaca mu za czas frustracji i porażek? - zastanawiają się inni. I dodają, że największe nieszczęście tej prezydentury polega na tym, iż Lech Kaczyński jest prezydentem partyjnym. A przecież znają go całe lata, więc - sądzą - mogłoby być inaczej. Albo jeszcze gorzej - jest prezydentem swego brata. Słowa i czyny Jarosława Kaczyńskiego idą na konto Lecha. Prezydent robi niewiele, żeby się różnić od brata.

- A co to oznacza dla Łopińskiego? - pytam.

- Maciej staje się rzecznikiem partyjnym, choć jestem pewien, że jechał do Warszawy w zupełnie innym celu.

Lód kruchy, woda zimna

Łopiński jest w Warszawie 23 grudnia. Namawia, żebym przypomniał sobie atmosferę tamtego czasu. Działa rząd mniejszościowy, ale koalicja z PO jest ciągle możliwa. Jeszcze w styczniu w Pałacu Prezydenckim odbywają się dwa spotkania Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. Znajomi zapewniają Łopińskiego, że w telewizyjnych kadrach powitanie wyglądało na bardzo serdeczne; wydawało się, że marzenia o współpracy PiS i PO jednak się spełnią.

Tak - wyzna - bardzo liczył na tę koalicję, a nawet myślał, że może być jednym z jej zworników. Ma przyjaciół w PO, ma w PiS, był w solidarnościowym podziemiu. Nie pomogło.

Większość mediów uważa, że grzechy są po stronie PiS. Łopiński ma inne zdanie. Uważa, że w poczynaniach PO widać gorycz. Miał być premier z Krakowa - i figa z makiem. Prezydent jest wprawdzie z Gdańska, lecz nie ten, którego typowały sondaże. Trudno otrząsnąć się po takiej porażce. Przyjaciele - jak obie partie nazywały siebie nawzajem jeszcze w kampanii wyborczej - nie są już dłużej przyjaciółmi. A i przed wyborami nie było zbyt różowo. Przydałoby się więc, gdybym zauważył, że media ustawiały się do PiS okoniem, a Platforma też kopała po kostkach. Również teraz Pałac nie może liczyć na zbytnią przychylność dziennikarzy. Przecież to tylko zamula sytuację, prowadzi do napięć i awantur.

Słowem - Łopiński nie powiedział nic ponad to, co mówią działacze PiS. Może jedynie bardziej miękko i bez wojowniczego tonu. Ani słowa o dziadku w Wehrmachcie ani o lumpenliberałach, o łże-elitach i o układzie.

Choć w układ wierzy. Mówi, że dla mnie przykładem układu winna być sprawa Rywina.

W połowie kwietnia Łopiński publikuje w "Gazecie" tekst. Jeden ze śródtytułów brzmi: "Na złość PiS nie zmienimy Polski". Artykuł wylicza grzechy PO, które uniemożliwiły koalicję; nazywa to zaprzepaszczoną szansą. Z grzechami Platformy łatwo się zgodzić, tylko dlaczego o grzechach PiS znów nie ma ani słowa? A w tym wszystkim prezydent, który sądził, że "dystans dzielący PiS i PO jest dużo mniejszy". I cóż prezydent może z tym zrobić? "Z rozmowy z liderami Platformy prezydent wyniósł przekonanie, że PO dąży do jednego: by po przyszłych wyborach - niezależnie od tego, kiedy się one odbędą - Platforma mogła rządzić samodzielnie. To zaś faktycznie przekreśla możliwość porozumienia".

To bardzo szczera opinia. Znaczy również, że prezydent nie wyobraża sobie polskiej polityki, w której nie ma PiS ani brata.

W tej całej sytuacji - fiasko rozmów o koalicji PO-PiS, widoczna niechęć mediów - Łopiński powiada, że czuje się tak, jakby wpadł do przerębla. Woda zimna, lód wokół kruchy.

- Ale uważam - dodaje - że Lechowi Kaczyńskiemu coś się ode mnie należy. Bo jest uczciwym człowiekiem i kompetentnym politykiem. Ma wizję prezydentury.

- I co jeszcze?

- Lubię go.

To akurat bardzo dobry argument. Gdybym był na jego miejscu, zapewne podobnie prowadziłbym taką rozmowę.

A brat milczy

Z formalnego punktu widzenia nie ma najmniejszego powodu, by Maciej Łopiński komentował myśl i słowne figury Jarosława Kaczyńskiego lub jego partyjnych towarzyszy. Uważa, że trzeba braci odróżniać; Lech jest inny niż Jarosław, w poglądach bardziej na lewo, ma inny temperament. Zresztą - dla nikogo w Polsce nie było zaskoczeniem, że Lech ma brata bliźniaka. Skąd więc teraz takie zdziwienie?

Cóż jednak może poradzić, skoro formalizm nie ma tu nic do rzeczy. Kaczyńscy postrzegani są jak polityczna jedność, z jedną różnicą - atakującym jest Jarosław. Brat prezydent milczy albo otwarcie staje po stronie brata prezesa. Choć, jak powiada anonimowy polityk z Gdańska, braterska miłość i lojalność nie usprawiedliwiają wszystkiego.

Dlatego w naszej rozmowie musi nastąpić spór.

- Lech Kaczyński mówił jeszcze niedawno, że Samoobrona jest partią co najmniej inspirowaną przez byłych funkcjonariuszy SB. Dziś jego partia zasiada z Lepperem w koalicji. Jesteś rzecznikiem prezydenta, zapewne będziesz musiał coś o tym mówić.

- Powiem, że nie jest to związek oparty na miłości, ale jest w nim rozsądek. Polską trzeba jakoś rządzić. Jeśli PO nie chciała wejść do koalicji i jednocześnie nie godziła się na samorozwiązanie parlamentu i szybkie wybory - nie zostawiła właściwie PiS-owi alternatywy. Rząd mniejszościowy może co najwyżej administrować, a nie dokonywać istotnych zmian. Jeśli zaś idzie o ową inspirację, to Lecha Kaczyńskiego, jeszcze gdy był ministrem stanu u Wałęsy, poinformował o tym Andrzej Milczanowski. Mówił o notatce, jaką miał w tej sprawie. Prezydent tej notatki nie widział, a późniejsze doświadczenia spowodowały, że nabrał dystansu do informacji przekazanych wówczas przez Milczanowskiego.

- Związek partii moralnej odnowy z politykami inspirowanymi przez SB z - jak nazywał ich Jarosław Kaczyński jeszcze nie tak dawno - "bandą"?

Maciej milczy, no bo co ma powiedzieć?

- Dlaczego prezydent nie powiedział ani słowa, gdy jego brat oskarżał Helenę Łuczywo, że wywodzi się z Komunistycznej Partii Polski, a na dodatek kontroluje PO? Jarosław Kaczyński posłużył się argumentami znanymi z "Żołnierza Wolności" czy "Trybuny Ludu" czasów stanu wojennego.

- To w waszej gazecie ukazał się wtedy artykuł, w którym autor pisał, że bracia Kaczyńscy są pazerni na władzę. A przecież Jarosław walczył z Wachowskim, gdy ten był u szczytu potęgi, i w efekcie odszedł z Kancelarii Wałęsy. Kilkukrotnie nie przyjął funkcji premiera, przestrzegał przed TKM w samych początkach AWS i odszedł z tej formacji. Lech na pięć lat w ogóle wycofał się z polityki i myślał, że już do niej nie wróci. "Gazeta" atakowała Jarka przez kilkanaście lat...

- Złość jest wystarczającą przyczyną, by zniżyć się do takiego poziomu? A braterska lojalność usprawiedliwia milczenie? Przecież Kaczyńscy, a zwłaszcza Lech, doskonale wiedzą o przedsierpniowym "Robotniku", o "Tygodniku Mazowsze". Ty wiesz, że Helena jeździła do Gdańska, by pomóc wamc przy podziemnym biuletynie. Takie słowa Jarosława Kaczyńskiego są po prostu niegodziwe.

Maciej milczy i rozumiem to milczenie. Ta rozmowa jest dla mnie przykra i zarazem w pewnym sensie zbyt łatwa. Jestem pewien, że kilka lat wcześniej zabrałby głos. I umiem sobie wyobrazić, co by powiedział.

Depozytariusz czwartej tajemnicy?

Wiemy już, że - zdaniem znajomych - Maciej Łopiński nie czuje się w swojej roli zbyt komfortowo. Wiemy też, że chce coś ofiarować Lechowi Kaczyńskiemu. Łatwo wydedukować, że od czasu do czasu musi połykać żabę.

Wieloletni znajomy Łopińskiego powiedział mi: - Czasem jest mi głupio, gdy widzę Maćka wijącego się przed kamerami. Wtedy myślę, że nie dałbym za niego głowy, a co najwyżej palec. I jest mi smutno. A może jest tak - dodaje - że Kaczyńscy zdradzili Maćkowi coś na kształt czwartej tajemnicy fatimskiej, jakąś wiedzę tajemną, sekret niedostępny dla mnie i dla ciebie? Może sądzi, że teraz wie więcej? Ale przecież to niemożliwe, nie ma czwartej tajemnicy. Znam go, lecz nie rozumiem.

- No więc - dlaczego? - to pytanie wraca w mojej rozmowie z Łopińskim jak bumerang. - Przyjaźń? Wspólnota poglądów? Lojalność? Ostatnia rola, jaką można odegrać przed emeryturą?

- Wszystko po trochu - pada odpowiedź. - Ale i tak mnie nie zrozumiesz.

- Maćku, nie ułatwiasz mi tego.

Uśmiech, chwila milczenia.

- To pozostanę zagadką.

Paweł Smoleński

http://serwisy.gazeta.pl/drukuj?sponsor=&serv=http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/2029020,34591,3298508.html

środa, 26 kwietnia 2006

światowy antynaród bezwzględnych osobników, dla których bogiem jest pieniądz,

żydo-komunistyczna mentalność okupanta i prawo cadyka w Polsce sprawiają, że miliony Polaków pozbawia się w ich Ojczyźnie warunków do  życia: nie mając pracy i prawa do zasiłku Polacy zmuszani są do emigracji; miesięcznie opuszcza nasz kraj na stałe kilkadziesiąt tysięcy Rodaków.

Tymczasem mendy i  skomunysyny  pomnażają swój złodziejski kapitał.  Ten sam model przemian własnościowych realizowany jest we wszystkich innych krajach komunistycznych, od Wietnamu po Niemcy.  Narody świata zdominowane zostały przez jeden światowy antynaród  bezwzględnych osobników, dla których bogiem jest pieniądz, a szatan najwyższą instancją moralną. Za strukturami oficjalnej władzy uryta jest władza prawdziwa (objawiona częściowo w  Magdalence i  obwieszczona Polakom w Sejmie), władza przejmowana od 17.9.1939 r.  i prezkazywana z ojca na skomunysyna. 

Od najwyższego do najniższego szczebla; od Rządu i Kancelarii Prezydenta po Urząd Gminny;

http://czeladz.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?134218

objavio , 26. travanj 2006 10:21:00 | link | (0) komentari


sub - 08.04.2006

Watykan przenosi Nuncjaturę z Tajwanu do CHIŃSKIEJ REPUBLIKI LUDOWEJ

Slika na MojBlogu
press international em*PIK society
sobota, 08 kwietnia 2006
Watykan przenosi Nuncjaturę z Tajwanu do CHIŃSKIEJ REPUBLIKI LUDOWEJ

 gross machen / kliknij, żeby powiększyć

 ks. Joseph Zhang, wikariusz generalny z Liaoning w Chińskiej Republice Ludowej z wizytą u biskupa Kamphausa w Limburgu

w diecezji liczącej 40 mln mieszkańców jest 100 tys. katolików

na Tajwanie żyje 300 tys. katolików

objavio , 8. travanj 2006 3:33:00 | link | (0) komentari


Dąbrowa Tarnowska - ochrona tej części polskiej kultury narodowej jaką są nasze judaica - do Rozumnych odwołuje się

Slika na MojBlogu
 
praca w Unii Europejskiej, Arbeit , job, MAMONA
poniedziałek, 25 lipca 2005
ochrona tej części polskiej kultury narodowej jaką są nasze judaica - do Rozumnych odwołuje się, kiedy potrzebna jest pomoc.

   gross machen / kliknij w fotografię

Stowarzyszenie Europejskie PONS GAULI

pragnie odbudowy synagogi z XIX w. stojącej  w Dąbrowie Tarnowskiej przy ul. Berka Joselewicza.Fotografia wykonana została przez Jurka Rzeszuto w 1988 roku;

Jurek nie żyje już, ale są jeszcze - nie tylko w Dąbrowie Tarnowskiej - Ludzie, którzy rozumieją wartość i potrzebę ochrony tej części polskiej kultury narodowej jaką są NASZE JUDAICA.

Do Rozumnych odwołuje się, kiedy potrzebna jest pomoc.

Stefan Kosiewski, Prezes Zarządu Stowarzyszenie Europejskie PONS GAULI

bo np. w Katowicach:

W działalność fundacji Or Chaim zaangażowali się oprócz Banysia katowiccy biskupi - katolicki Gerard Bernacki i ewangelicki Tadeusz Szurman, a także: Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, ks. Paweł Buchta, proboszcz katowickiej parafii św. Piotra i Pawła, oraz Włodzimierz Kac, przewodniczący katowickiej gminy żydowskiej. Fundacja ma zajmować się ratowaniem żydowskich zabytków rozsianych po całej Polsce oraz działalnością edukacyjna. http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2837177.html

Fundacja Or Chaim chce odbudować katowicką synagogę

Zobacz powiększenie

ZOBACZ TAKŻE

• Fundacja Or Chaim (24-07-05, 21:00)


 pj 24-07-2005 , ostatnia aktualizacja 24-07-2005 19:13
W miejscu, gdzie przed II wojną światową stała synagoga, dziś jest targowisko. Chce to zmienić powstała niedawno fundacja Or Chaim. - Chcemy odbudować świątynię - mówi jej szef Jarosław Banyś

Wybudowana w 1900 roku katowicka synagoga była jedną z najpiękniejszych świątyń w mieście.

Stylem nawiązywała do Bizancjum i mieściła ponad tysiąc osób. Tuż obok była łaźnia (obecnie siedziba prywatnej firmy ubezpieczeniowej) i szkoła, która jako Liceum im. Mickiewicza działa do dziś. Żydzi wyciszyli nawet korkiem bruk na ulicy, aby stukot końskich kopyt i powozów nie przeszkadzał w modlitwach. Synagoga przetrwała tylko do 4 września 1939 roku. Wtedy spalili ją hitlerowcy. Po wojnie planowano odbudowanie świątyni, ale nic z tego nie wyszło. W efekcie dziś o synagodze przypomina tylko plac Synagogi i pamiątkowy obelisk. W miejscu, w którym się kiedyś modlili Żydzi działa targowisko.

Jarosław Banyś, szef powstałej niedawno fundacji Or Chaim (Światło Życia), chce to zmienić. - Naszym marzeniem jest odbudowa synagogi. To realna sprawa, choć oczywiście zajmie sporo czasu - mówi Banyś.

Najpierw trzeba będzie odkupić plac Synagogi od obecnego właściciela. Banyś jest przekonany, że to się uda. - Jest dobra wola. Pozostaje jeszcze kwestia rozsądnej ceny - mówi.

Odbudowa synagogi to nie tylko religijny gest. Powstanie piękny budynek

http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2837174.html?nltxx=1077751&nltdt=2005-07-25-04-05

objavio , 8. travanj 2006 2:11:00 | link | (0) komentari


pet - 07.04.2006

UB-ecka ustawa antyspamowa, czyli Dzierżyński i Beria podnoszą łeb

Slika na MojBlogu
Kategorie: Wszystkie | ALBUM | SOWA
piątek, 07 kwietnia 2006

 

   Poloczek i Ziobro  chcą sądami doraźnymi ukarać Polaków za wysyłanie łańcuszków szczęścia. Koledzy adwokaci i koledzy prokuratorzy będą mieli - w myśl projektu ustawy - możliwość legalnego dorobienia się fortun majątkowych na klientach-Polakach skazywanych na drugą i trzecią zmianę, po południu i po nocach.

   Z kawiarenenek internetowych czynnych 24 godziny na dobę wyciągana będzie polska młodzież i przewożona w sukach i budach nie do Kolegium Karno-Orzekającego (jak było za Gierka i SB z ludzką twarzą), ale przed oblicze żydo-komunistycznego wymiaru niesprawiedliwości, który nie przeszedł nawet lustracji pozorowanej, oczyszczenia choćby palców u rąk, którymi rozprawiano się z wolną, polską myślą za komuny.

   Mocodawcy autorów projektu ustaw: antyspamowej i kolegialno-terrorystycznej, koledzy-politycy w Polsce rządzonej z tyłowego siedzenia nie wiedzą rzecz jasna, co to jest internet, przesyłanie danych  i czym się karmi na świecie elektroniczna komunikacja oraz filtry antyspamowe. Niewiedzą swoją ignoranci dzielą się zazwyczaj publicznie i po tym poznajemy szczrość ich intencji. Poloczek dobrze chce dla Polaków i dlatego zlekceważył sobie przed kilku dniami kilku prezydentów wielkich, śląskich miast. Nie przyszedł na umówione z nimi spotkanie, bo spotkał się akurat z kolegą Lutym (Unia Wolności, Wolność i Spokój, były wiceprezydent wielkiego śląskiego miasta), którego trzeba było zagospodarować dla PiS-u jak wcześniej kolegę Sośnierza, za którym prokurator nawet nie trudzi się, że udaje (gromadzenie środków finansowych od producentów leków na prywatnym koncie Sośnierza-szefa Służby Zdrowia w województwie dawniej Stalinogród).

   Obłędu można dostać, gdyby człowiek nie znał Freuda „Psychopatologii życia codziennego”,  „Historii szaleństwa” Michela Foucault, albo chociaż „Odruchów mózgowych” Siecznowa. Na szczęście Henri Bergsona „Pamięć i życie” jest pracą, którą da się przeczytać w pociągu z Czeladzi do Katowic (dla niewtajemniczonych, którzy nie wiedzą, że kolej do Czeladzi nie dojeżdżą, podaje się dla wyjaśnienia, że przsiadka może mieć miejsce w Kobierzynie, albo w Rybniku-Tworkach). O! Tempora, o mores – chciaöo by  się rzec.

   Ale na szczęście święty Jan Pawł Wielki wskazał Polakom w porę drogę ucieczki od komunizmu pod płaszcz opieki prawa wyższego, niż krajowe. Bigos warzony przez przez  kolegów z PiS-u będzie można reklamować w europejskich sądach. I o to właśnie się rozchodziło, pani Stasiu. Koledzy adwokaci zarobią na Polakach podwójnie, a przy okazji wyżywi sobie rodzinę tłumacz, taksiarz i krawcowa. A jak się komputer zarekwiruje, to będzie z czego pokryć koszta sądowe. Kazimierz Kutz nie napisałby lepszego scenariusza przemian demokratycznych dla tego kraju. Kogo jeszcze boli głowa?

Stanisław  Dawid Ligoń 

Zał. Nr 1 do notatki służbowej z dnia 7 kwietnia, Prywatna Służba Zdrowia (PPZ/2006.04.07/lss – lecz sie sam):

    [...]Spamem byłoby także przesyłanie informacji o charakterze politycznym, religijnym czy tzw. łańcuszków szczęścia. Operatorzy krytykują takie rozwiązanie, argumentując, że definicja spamu jest zbyt szeroka. Według nich, wyeliminowanie pop-up windows spowoduje pogorszenie konkurencyjności polskich przedsiębiorców. Pop-upy są bowiem formą reklamy, z której w dużej mierze finansowany jest internet. Wątpliwości wzbudza możliwość uznania za spam informacji przesyłanych na czatach internetowych i komunikatorach – nie wiadomo, kto miałby oceniać, czy dana informacja jest spamem, czy próbą nawiązania kontaktu.
Surowe karanie

   Założenia do ustawy o spamie przewidują również, że przesyłanie spamu nie byłoby wykroczeniem, ale czynem zagrożonym karą administracyjną w wysokości od 100 zł do 50 000 zł. Obecnie ściganie wykroczenia następuje na wniosek pokrzywdzonego, a nałożona grzywna nie może przekroczyć 5000 zł. Spamerzy nie są więc ścigani, gdyż osoby otrzymujące spamy nie zgłaszają tego na policji.
   Planuje się, że kara administracyjna byłaby natychmiast wykonalna. Zdaniem operatorów, może to prowadzić do nieuzasadnionego karania osób, które nie są sprawcami niedozwolonych praktyk, związanych z przesyłaniem spamów [...]
http://www.gazetaprawna.pl/?action=showNews&dok=1688.29.861.2.20.1.0.1.htm

objavio , 7. travanj 2006 13:40:00 | link | (0) komentari


sri - 05.04.2006

Poseł Kowalski woli kierować transportem, bo zakłada stronnictwo narodowe dla Polaków

Slika na MojBlogu
Poseł Kowalski woli kierować transportem, bo tym się zajmuje od lat, a nie zajmuje się czytaniem listów otwartych, dlatego zakłada stronnictwo narodowe dla Polaków i chce, żeby pod jego prywatne zainteresowania  Jarosław Kaczyński wykroił z tylnego fotela stołek ministra transportu z infrastruktury, a Jarosław Kaczyński w rządowym Radio Maryja 5.04.2006 o godz. 13:50 przyznał,  że ma informację, iż taka grupa ma powstać i jego zdaniem to będzie oznaczało pozytywnie, więc dla wygody politycznej  słuchaczy podaje się niniejszym do wiadomości, że Jarosława poznaje się po tym, że bardziej od brata sepleni, choć obaj jeszcze nie tak potfohnie jak seplenią nahodowcy na  Platfohmie. [ narodowcy K.  w terenie: http://www.myslpolska.icenter.pl/index.php?menu=sn&nr=20050327214910]
 
sowa 

Anfang  |  Blog  |  http://sowa.patrz.pl

      

Stefan Kosiewski, 52 Frankfurt am Main Deutschland MEINE BLOGROLL

Anzeigen: Text und Fotos | Nur Fotos | Nur Text 1 - 5 von 43 Erste | < Zurück | Weiter > | Letzte

sowa

Frankfurt am Main  http://tinyurl.com/ev8j8
Do Posła Bogusława Kowalskiego, list otwarty 2005-11-28 - 20:28:51
               Vergrößern
von gazeta @ 2005-11-28 - 20:28:51  [Archiv - gazeta.blog.de - offline]
[ Archiv - sowa.blogg.de - offline) http://sowa.blogg.de/eintrag.php?id=297

Szanowny Panie Pośle,

niedawno obchodził Pan 41 urodziny, proszę przyjąć najlepsze życzenia, które chciałbym złożyć Panu jako młodemu politykowi w imieniu Starej Polonii w Niemczech, której nie zaszczycił niestety odwiedzinami były przewodniczący sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą, jeszcze młodszy od Pana Posła pan Roman Giertych.

Pan jest Przewodniczącym Komisji Infrastruktury, której w zasadzie w Polsce nie ma, a jest Minister Polaczek ds. Infrastruktury, no i jest rząd Prawa i Sprawiedliwości, w który Radio Maryja głęboko wierzy, więc może powoli Pan, że zajmiemy się przez chwilę bulwersującą wielce Starą Polonię kolejną hucpą filmową, do której podobno przymierza się stalinowski filmemacher Andrzej Wajda, który w czasach komunistycznej pogardy zarabiał na luksusowe życie kręceniem bata tzw. kultury filmowej, czyli polakożerczych filmów - takich jak np. "Lotna" wg. scenariusza politruka Zukrowskiego, w której to wyśmiewali się obaj, wspólnie z aktorami, z bohaterstwa Polaków szarżujących rzekomo z szablami na niemieckie czołgi w 1939 roku.

Pan jest młodym człowiekiem i może nie wiedzieć o tym, że Wajda powtarzał ujęcia filmowe hitlerowskiej propagandy. Polscy ułani mieli normalnie poukładane w głowach, natomiasta podli ludzie z branży filowej mieli i mają we łbach bałagan, wykorzystują np. seksualnie dzieci w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce angażują się w obronie pedałów i postmodernizmu, żeby uchodzić za tzw. autorytety.

Tak oto niedawno dowiedzieliśmy się , że Andrzej Wajda ośmielił się zainteresować jako filmemacher tematem Katyń!

A tylko po to zainteresować tematem zagłady narodu polskiego, żeby odrzucić scenariusz napisany ręką NAJWYBITNIEJSZEGO POLSKIEGO PISARZA WSPóŁCZESNEGO, Włodzimierza Odojewskiego.

Czasami jest tak, Szanowny Panie Pośle, że nie mamy już siły do ignorantów, czy to w polityce, czy w dziedzinie kultury.

Szukamy wtedy siły wyższej, odwołujemy się do Boga. Piszemy do przyjaciół, u których pragniemy znaleźć zrozumienie, radę i pomoc. Bo nie jesteśmy w stanie objąć ludzkim rozumem potęgi zła.

Piszę do Pana, bo zwrócił się do mnie niedawno z prośbą o wyrażenie opinii o Pańskim środowisku politycznym Pan Profesor Jan Szarliński, przewodniczący Stowarzyszenia Nasza Przyszłość Polska.

Członkowie zwyczajni Stowarzyszenia NpP www.npp.pl :

Stowarzyszenie Nasza Przyszłość  Polska

Ks.prof.dr hab. Czesław Bartnik
Prof.dr hab. Kazimierz Bielenin
Prof.dr hab.inż. Włodzimierz Bojarski
Prof.dr hab.inż. Zbigniew Dmochowski
Prof.dr hab.inż. Andrzej Flaga
Prof.dr inż. Bolesław Fleszar
Dr n.hum. Joanna Maria Grabińska
Prof.dr hab. Bogumił Grott
Prof.dr hab. Leszek Jankiewicz
Dr n.hum. Hubert Jochim
Prof.dr hab.inż. Ryszard Kozłowski
Dr n.hum. Janina Kraus
Ks.prof.dr hab. Maria Albert Krąpiec
Prof.dr hab. Aleksander Krzymiński
Prof.dr hab. Stefan Kurowski
Mgr Mieczysław Łoziński
Prof.dr hab. Olgierd Nowosielski
Mgr inż. Ewa Parol
Prof.dr hab. Edward Prus
Dr n.hum. Maria Piskozub-Romanowska
Mgr Krzysztof Romanowski
Inż. Antoni Szablewski
Prof.dr hab.inz. Jan Szarliński
Ks.prof.dr hab. Tadeusz Ślipko
Dr med. Jacek Wołoszyński
Prof.dr hab.inż. Jacek Zimny
Prof.dr hab. Zbigniew Żmigrodzki

Stowarzyszenie NPP wystąpiło 20.9.2005 z pismem do środowisk prawicowych, w tym i do Pana środowiska LPR, i nic niestety nie wiadomo, żeby ktoś zechciał poczuć się do politycznego i moralnego obowiązku, jakim jest okazanie szacunku do Najmądrzejszych Ludzi, jakich mamy w narodzie polskim.

Można kręcić filmy o tym, jak żydowskie NKWD ze Smoleńska wycięło w katyńskim lesie KWIAT INTELIGENCJI POLSKIEJ.

Ale nie wolno powtarzać tej ZBRODNI dokonanej NA NARODZIE POLSKIM.

Nie ma takich polityków polskich - ani w Kraju, ani na emigracji, którzy mogliby pozwolić sobie na odtrącanie mądrych Polaków.

Polski nie stać na ograniczanie życia publicznego do ograniczonych osób.

Pan Bóg daje nam siłę i radę. Naszym obowiązkiem jest wykonanie zadania.

Zadaniem naszego czasu jest Polska, natomiast Stowarzyszenie Filmowców Polskich wypowiada się ciągle jeszcze w swoich biuletynach językiem socrealizmu magicznego , dlatego zastosowana dywersyfikacja form w niniejszej wypowiedzi wydawała się konieczna, co wyjaśniam też pozostając

Z wyrazami szacunku.

Stefan Kosiewski
Frankfurt nad Menem, 28.11.2005
kulturzentrum.polonia-total.com
ponsgauli.wizytowka.pl

----- Original Message -----
From: SOWA
To: boguslaw.kowalski @sejm.pl
Sent: Monday, November 28, 2005 9:15 PM
Subject: Stefan Kosiewski, Frankfurt 28.11.2005, do Pana Posla Boguslawa Kowalskiego, List Otwarty

http://de.groups.yahoo.com/group/kulturzentrum/message/527

Mittwoch, 5. April 2006 - 14:45 Uhr (CEST) 0 Kommentare | Permanenter Link

http://tinyurl.com/gyz9w

Prezesi PiS i LPR

 Kowalski z LPR nowym ministrem?

Partii Romana Giertycha grozi rozłam Rokosz w LPR może nastąpić już dziś. Rozłamowe skrzydło ma się nazywać Stronnictwo Narodowe.
Jego przywódcą ma być Bogusław Kowalski, wiceprezes partii.

Ceną, jaką PiS jest gotowe za ten rozłam zapłacić, ma być wciągnięcie go do rządu. Według naszych informacji, Jarosław Kaczyński chce podzielić Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa. Jego druga połowa miałaby przypaść Kowalskiemu.

- Teoretycznie jest to możliwe. Jeśli jednak miałoby już do tego dojść, to wolałbym, żeby zamiast budownictwa był to transport, bo jego problemami zajmuję się od lat - mówi Kowalski.

[..]

Zycie Warszawy 2006-04-05  http://www.zw.com.pl/apps/a/tekst.jsp?place=zw2_ListNews1&news_cat_id=9&news_id=84197

objavio , 5. travanj 2006 15:09:00 | link | (0) komentari


uto - 04.04.2006

K. - jak KASZKESZET, kot w worku z domem dla biskupa; WADOWICE

Slika na MojBlogu
Wadowice: Dom Jana Pawła II kupiła fundacja Ryszarda Krauze objavio yes , 1.4.2006 17:15 Wadowice: Dom Jana Pawła II kupiła fundacja Ryszarda K.

 Dienstag, 4. April 2006 17:31 prokom.pl potwierdził informację o zakupieniu przez Fundację Ryszarda Krauze domu, w którym Karol Wojtyła spędził w Wadowicach dzieciństwo.  Opublikowany z datą  3 kwietnia 2006, godz. 17:25 komunikat prasowy jednego z najbogatszych żydów w Polsce, wyraża brak zrozumienia  dla tego, co święte dla Polaków.  Brak wyczucia przy okazji także dla niezwykle trudnej sytuacji, w jaką został wmanipulowany, kościelny  Beneficjent od Katedry św. Stanisława na Wawelu, obdarowany domem z workiem Bałamuta.

 Ryszard Krauze  nie jest dobroczyńcą bezwarunkowym, prostodusznym i prostolinijnym jak globalny katolicyzm wieśniaczy. Filantropia żydowska stara się łączyć przyjemne z pożytecznym, tego zaś nie rozumie tzw. prosty rozum polski i towarzyszące mu szczere serce. Bo Polacy ofiarowują Bogu, kapłanom i nawzajem sobie to, co mają najcenniejsze, najlepsze;  kładą jak serce na dłoni, odejmują sobie od ust i dzielą się z bliźnimi każdą dobrą rzeczą jak opłatkiem,  jak biedna wdowa groszem, jak św. Marcin płaszczem.

Komunikat Fundacji Krauzego zaczyna się od słów: W związku z licznymi pytaniami o akt darowizny, jest więc jasnym przyznaniem się do zachowania niewłaściwego, które wywołało społeczny niepokój.

Można robić różne geszefty, z domami i pamięcią narodów, banalizować i pytać np. czy rodzina Karola Wojtyły zajmowała wcześniej cały dom? Bo jeśli nie cały, to czy coś stoi na przeszkodzie, żeby w jednym małym pokoiku, najmniejszym, zrobić taką izbę, gdzie te milionowe tłumy pątników, pielgrzymów z całego świata mogłyby sobie w spokoju czcić przy okazji jeszcze holokast?  

Jeśli odwiedza się synagogę nad Tybrem, a nie jest się papieżem, to do synagogi można wejść za darmo, ale trzeba wykupić bilet do muzem. Także wtedy, kiedy nie zamierza się zwiedzać muzeum, bo ma się tylko tyle czasu, żeby wpaść do synagogi na babiniec.   

Mechanizm ten sam, a mówi tylko o różnicy kultur; rabin np. ryby, która nie ma płetwy i łuski nie przełknie.

http://sowa.blogsource.com/post.mhtml?post_id=299936

http://sowa.blogsource.com

objavio , 4. travanj 2006 23:26:00 | link | (2) komentari


totalni zakon, iako ništa ne razumijem : )
Posjetitelj (Neregistriran) (Neregistriran), u 4. travanj 2006 23:57:00
Polacy nie mogą odzyskać swoich starych młynów. Znacjonalizowanych małych warsztatów pracy. Natomiast Żydzi nie mają problemu z odbieraniem np. mieszkań, budynków. Uważam że Polska powinna natychmiast zakończyć tz. zwrotu majątku. Po pierwsze narody Rzeczpospolitej były okradane i przez dziesiątki lat płacili za remonty. Po drugie i najważniejsze nie ma żadnych zwrotów majątku narodowego Niemcom czy Żydą. Oni nie tylko uciekali z okupacji Sowieckiej ale jakże często jako przechrzty zmieniali nazwiska, wyrzekli się Polskiego obywatelstwa. Nazwijmy po imieniu sprzedali swoją Polskość. Wkrótce zbrodniarze z NKWD i UB pochodzenia Żydowskiego wraz z spadkobiercami Faszystowskiego okupanta będą próbować stworzyć na terenie Polski Judeo- Germanie. Słusznie na okładce książki pana Henryka Pająka pisze smutny zwrot Powiedz wnukom że tu była Polska. Nie tylko w Polsce musimy walczyć o tożsamość i suwerenność ale także Polonii ma wiele do zrobienia. Bogusław Maśliński www.victoria.go.pl
Posjetitelj (Neregistriran) (Neregistriran), u 5. travanj 2006 8:12:00

pon - 03.04.2006

Instytut Pamięci Narodu Polskiego - Adam Michnik, syn Ozjasza, Honor i Ojczyzna

Slika na MojBlogu
poniedziałek, 03 kwietnia 2006
cum pardes per pedes - Stefan Meller udał się do dymisji!

To haraszo. Ja je wczoraj kupił od  Żyda z Kanady. Dałem trzy jajka. - Tadeusz Borowski: Utwory wybrane. Biblioteka Narodowa [narodu polskiego]. Wrocław 1991, 193.

Associate Professor Jan Grabowski , występujący za specjalistę od holokastu i antysemityzmu, o który nauka  oskarża Polaków, wystąpił za osobę oficjalnie zapraszającą  Adama Michnika do Kanady.  Obecnie ambasodorem w Kanadzie jest Piotr Ogrodzinski,  w latach 1990-92 czlonek Fundacji Stefana Batorego, zafundowanej Polsce przez żyda Sorosza, który ostatnio stawał do przetargu w Dreźnie, gdzie oferował 400 mln dolarów za parę tysięcy mieszkań komunalnych. Na zainstalowanie w Polsce Fundacji Batorego, która występuje za narzędzie do skupiania nieruchliwości, żyd Sorosz wydał 1 mln dolarów.

Obecnie szefem ambasadora Ogrodzińskiego jest Minister Spraw Zagranicznych RP żyd Stefan Meller, który podpuścił ostatnio żyda Mertę, występującego za wiceministra kultury RP, do wystąpienia oficjalnie za inicjatora zmiany nazwy narodowo-socjalistycznego obozu pracy założonego i eksploatowanego przez IG FARBEN  w okupowanym przez Niemców miasteczku Oświęcim zamieszkałym przez ludność żydowską i polską.

Jeżeli NAZI jest skrótem slowa: Aszkenazi, które znaczy tyle samo, co: Niemcy, to czy nazwa: Niemiecki Obóz Niemiecki jest semicką tautologią  jak masło maślane wciśnięte Mercie przez Mellera, a Stefan Meller jest synem oficera Informacji Wojskowej, to albo ta informacja jest do dupy, albo Meller znowu chodzi pijany.

Islam, unia europejska :: terroryzm, Irak, Izrael, Turcja, prawa

Palestyńczyków bardziej niż naziści Żydów (14-02-2006) ... proizraelskim krajem w Europie? (13-02-2006) Życie Warszawy - Stefan Meller podał się do dymisji! (13-02-2006) Portal Eurojihad

http://eurojihad.org/ 
Więcej(7)

 Więcej na ten temat w: Stefan Meller zatroszczył się za o to interesy i karierę Waldemara Figaja, absolwenta studiów w Leningradzie, który zasłynął tym, że jako charge d'affaires Ambasady RP w Kinszasie w Kongo, zaprosił do rezydencji dwie prostytutki, proponował im między innymi stosunek z psem, a następnie nie zapłacił. Oszukane dziewczyny protestowały przed Ambasadą, incydent opisała szeroko miejscowa prasa. Kontrola wewnętrzna wszystko potwierdziła. W nagrodę Meller wysyła teraz Figaja do Bagdadu na stanowisko I radcy ambasady.

Przypadkowo oczywiście Stefan Meller jest synem oficera Informacji Wojskowej, co oczywiście nie ma żadnego wpływu na przyjaźnie, poglądy i politykę pana ministra. Tatuś był na placówce w imperialistycznej Szwajcarii, stąd znajomość francuskiego synuś nabył w tamtejszej szkole. Stefan Meller był pracownikiem naukowo-dydaktycznym Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (1966-68) oraz filii UW w Białymstoku (od 1974 r.). Pracował też w Archiwum Państwowym, Spółdzielni "Izis", Spółdzielni Pracy "Lingwista", oraz w redakcji tygodnika "Forum". W latach 1981-84 był prorektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Pełnił także funkcję dyrektora naukowego w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Paryżu.

Oto jak oceniał działalność Stefana Mellera na stanowisku ambasadora RP w Paryżu jeden z obserwatorów: „Jego dobry francuski pokrywał arogancję, a chęć podporządkowania sobie wszystkich instytucji polskich, włącznie z emigracyjnymi przedstawiał jako próbę koordynacji polskiej polityki na trudnym rynku francuskim. W końcówce pobytu bardzo chciał zostać profesorem na Sorbonie. Już wtedy prowadzał się z partnerką, która jest bliską przyjaciółką pani prezydentowej Kwaśniewskiej. Mówiono wtedy, że przez nią załatwił sobie awans na wiceministra, mimo że oceny jego ambasadorowania były nienajlepsze. Jeszcze gorsza była praca w Moskwie.”

Inny świadek podzielił się z nami swoimi wrażeniami z Moskwy: „Obserwowałem działalność tego Pana przez ostatnich kilka lat w Moskwie i gorszego ambasadora trudno sobie wyobrazić. Zawalił wszystko, co było można (m.in. umowę gazową Rosji z Niemcami), otaczał się służbami, promował posłuszne miernoty etc. publicznie chodził pijany w towarzystwie rosyjskich milicjantów ...” 
Notatka: Źródło: ABCNET Autor: foxmulder Dodano: piątek, 31 marca 2006 - 12:38  http://eurojihad.org/name-News-article-sid-2820.html

cum pardes per pedes - Stefan Meller udał się do dymisji!

http://sowa.blogsource.com/post.mhtml?post_id=298483

Bibliografia:

http://senat.blox.pl/2006/03/Izrael-Szamir-8222PaRDeS-8211-studium-Kabaly8221-3.html
http://groups.google.com/group/soc.culture.polish/browse_thread/thread/4f86e92c03aa84be 
 
http://eurojihad.org/name-News-article-sid-2820.html
Komentarze użytkowników portalu eurojihad.org są prymitywnymi opiniami internautów - Redakcja nie odpowiada za ich treść (w tym za odnośniki do stron zewnętrznych), ani się z nimi nie utożsamia. Zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza, jeśli zawiera wulgaryzmy, nie jest związany z tematem lub łamie prawo - w szczególności jeżeli narusza czyjeś dobre imię lub nawołuje do nienawiści rasowej - w szczególności przeciwko rasie wybranej przez Boga.
Zainteresował Cię artykuł? Skomentuj go tutaj
Skomentuj artykul tutaj.......
http://eurojihad.org/name-News-article-sid-2820.html
a jeśli chcesz się dowiedzieć, o czym Adam Michnik, syn Ozjasza mówił żydowskich dyplomatów w ambasadzie RP w Ottawie,  nie czytaj bez komentarzy w języku polskim:

Michnik znow powtarza typowo zydowski punkt
   widzenia ze komuno-agentom nalezy sie bezkarnosc, ale o
   holokascie nalezy w kolko bebnic.
   Michnik rowniez wyrazil poparcie dla obecnosci polskich
   gojow Iraku, poniewaz Polska nalezy do NATO, a wiec
   powinna popierac wszystko co robi USA.
   Michnik zapomnial o tym ze NATO nie poparlo wojny
   przeciwko Irakowi, i nie bierze udzialu w tej wojnie.

   Polonia kanadyjska odpowiedziala oburzeniem na
   prowokacje Michnika, wsrod nich pan Wilhem Glowacki,
   ktory jest jednym z nestorow POLAND-L, pierwszej
   polskiej grupy internetowej.
   W odpowiedzi profesor Grabowski oplul Polonusow
   przeciwnych propagandzie Michnika.

http://groups.google.com/group/soc.culture.polish/browse_thread/thread/bd581d13227f16b9
http://ipn.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?41729
objavio , 3. travanj 2006 16:16:00 | link | (0) komentari


ned - 02.04.2006

o dialogu z żydami - prelekcja ks. prof. Waldemara Chrostowskiego do kapelanów wojskowych na Jasnej Górze

Slika na MojBlogu
niedziela, 02 kwietnia 2006
Prelekcja ks. Prof. Waldemara Chrostowskiego do kapelanów wojskowych na Jasnej Górze o dialogu z żydami. mp3 utworzony 26.3.2006 3,5 MB

 

mp3 http://o.dialogu.z.zydami.patrz.pl

Drogi i bezdroża dialogu katolicko-żydowskiego
Ks. Prof. Waldemar Chrostowski 

[...] Deklaracja Nostra aetate otworzyła nowy rozdział w stosunkach katolicko-żydowskich.

 

Miała uzasadnić i zintensyfikować proces refleksji moralnej i religijnej nad Zagładą. Ale w kilka dziesięcioleci po jej wydaniu okazało się, że Holocaust i Szoah stały się swoistą pseudoreligią Żydów. Ponieważ bardzo wielu z nich jest głęboko zeświecczonych i z judaizmem nie ma wiele wspólnego, jednym z głównych elementów traktowanych jako spoiwo współczesnej tożsamości żydowskiej jest ideologia Szoah. Jej syntezę wyraża słynne powiedzenie krążące wśród Żydów: w Holocauście zginęła jedna trzecia Żydów, a więc jedna trzecia każdego Żyda. Na tej podstawie są formułowane najrozmaitsze roszczenia i żądania, z finansowymi włącznie. Tak nastąpiła konfrontacja dwóch punktów widzenia: z jednej strony wrażliwości chrześcijańskiej, która karmiona ideałami Ewangelii postrzega dramat Żydów przede wszystkim w kategoriach etycznych, z drugiej zaś strony upolityczniania i ideologizowania w świecie żydowskim dramatycznej problematyki. Wskutek tego o tych samych bolesnych faktach mówimy odmiennymi językami, co musi prowadzić do nieporozumień i napięć.

W latach 70. uformowała się i ustaliła nowa jakość, a mianowicie "Shoah industry", czyli "przemysł Szoah". Znalazło to wyraz w literaturze, wspomnieniach, audycjach radiowych i programach telewizyjnych, a także w filmach silnie oddziałujących na wyobraźnię ludzi. Część z tej twórczości, np. Malowany ptak Jerzego Kosińskiego, nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Przeciwnie, bez żadnych wahań można ją zaliczyć do antypolskiej i antychrześcijańskiej retoryki. Faktem jest jednak, że autorzy i wydawcy przedstawiali swoje produkty jako dzieła historyczne. Rozpoczęły się zażarte dyskusje, w których okazywało się, że chrześcijanie z Zachodu nie mają należytego pojęcia o realiach zagłady Żydów na terenie okupowanej przez Niemców Europy Wschodniej. Polacy natomiast nie mogli uczestniczyć w tych dyskusjach na zasadach prawdziwie partnerskich. Rychło "trójkąt" Niemcy - Żydzi - Polacy zaczął być objaśniany w nowy sposób: Niemcy to prześladowcy, Żydzi - ofiary, a Polacy - świadkowie. Cała II wojna światowa zaczęła być interpretowana jako wojna przeciwko Żydom. Inne jej ofiary zeszły na dalszy plan bądź zostały w ogóle zanegowane. Wywoływało to w Polsce słuszne protesty, które skwitowano zarzutem, że Polacy podejmują spór o pierwszeństwo w cierpieniu. Konfrontacja zaostrzyła się po nakręceniu przez Stevena Spielberga filmu Szoah, który - na Zachodzie wielokrotnie nagradzany i traktowany jako dokument historyczny - w Polsce wywołał konsternację i protesty. Niestety, także u nas nie zabrakło wąskich grup i środowisk, które podzielały i rozpowszechniały wyłącznie żydowski punkt widzenia. Znalazło to wyraz w podjętych w 1986 i 1987 r. w Genewie zobowiązaniach przeniesienia klasztoru sióstr karmelitanek z bliskiego sąsiedztwa byłego KL Auschwitz w inne miejsce.

Z końcem lat 80. i w latach 90. żydowski sposób przedstawiania II wojny światowej miał zdominować całą historiografię. Na jego usługach stanął przemysł informacyjny w wielu rejonach świata. W 1993 r. otwarto w Waszyngtonie Muzeum Holocaustu. W ciągu kilku lat napisano mnóstwo książek, przygotowano wiele programów radiowych i telewizyjnych, nakręcono sporo filmów. Temat Szoah był niezwykle popularny i chwytliwy. Jeżeli ktoś chciał zasłynąć i podobać się, podejmował ów temat, zwracając uwagę na to, aby się zmieścił w kanonach tzw. poprawności politycznej. Jednym z szeroko propagowanych utworów był film Europa, Europa Agnieszki Holland. Reżyserka z nonszalancją potraktowała realia okupacyjne, ale prawie nikt poza Polską nie dociekał, jak wtedy było naprawdę. Jak daleko posunięto się w tej kwestii, najlepiej wyraża rozpowszechnione w Stanach Zjednoczonych powiedzenie: "There is no businnes like Shoah business" ("Nie ma lepszego interesu niż Szoah"). Mnóstwo osób, instytucji i organizacji czerpie ogromne korzyści z zajmowania się problematyką Holocaustu. Aktualnie jest to jedna z najbardziej dochodowych gałęzi kultury masowej. To, co chrześcijanom ma wyciskać łzy w oczach, pokaźnej części Żydów przynosi krociowe zyski. Po stronie żydowskiej odważnie mówi o tym i pisze silnie kontestowany i wyciszany prof. Norman Finkelstein. Poza tym jest to temat tabu.

Nawiązanie dialogu pokazało, że w przedstawianiu dawnej i nowszej przeszłości Europy i Polski istnieje zasadnicza biegunowość. Inaczej bowiem do przeszłości podchodzą Polacy, a inaczej Żydzi. Polacy chcą pisać historię, to znaczy ustalić fakty, poznać je i przedstawić, dowiedzieć się, kto, gdzie, kiedy i jak działał, zebrać i ocenić rozmaite świadectwa. Żydów w gruncie rzeczy nie interesuje historia, to znaczy wnikliwe i rzetelne odtworzenie faktów. W ich patrzeniu na przeszłość dominuje haggada, czyli opowiadanie, zazwyczaj mocno subiektywne, w którym są obecne elementy przeżyć przepuszczonych przez filtr emocji oraz uczuć. Jeżeli owe uczucia są dobre i przyjazne, całe opowiadanie jest przyjazne. W przeciwnym razie całe opowiadanie nabiera innego wydźwięku. My więc chcemy ustalić prawdę, Żydzi natomiast skupiają się na tym, co jest prawdziwe dla nich, czyli możliwe do przyjęcia z ich perspektywy. Nakręcanie koniunktury "przemysłu Szoah" spowodowało nowe spojrzenie na "trójkąt": Niemcy, Polacy, Żydzi. Tym razem w gronie prześladowców coraz częściej obok Niemców umieszczano Polaków, podczas gdy jedynymi ofiarami pozostawali Żydzi. Cała wojna została sprowadzona do paradygmatu prześladowania Żydów przez nie-Żydów. Ten paradygmat upowszechnił się zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie został wprowadzony do podręczników szkolnych i jest przedstawiany podczas wykładów akademickich oraz w programach edukacyjnych podejmowanych w środkach przekazu. Przeciętny Amerykanin nie ma pojęcia o martyrologii Polski i Polaków w latach 1939-1945, zaś wszystko, do czego może dotrzeć, sprowadza się do wiedzy podawanej w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. Bolesny jest fakt, że w kontekście nauczania o Szoah unika się słowa "Niemcy", natomiast bezkarnie używa się i nadużywa słowa "Polacy".

Z końcem lat 80. i w latach 90. pamięć o Szoah została przekształcona w żądania ekonomiczne. Zaczęto je zgłaszać pod adresem różnych państw i instytucji. Jednym z pierwszych adresatów stała się Szwajcaria. Twierdzono, że majątek żydowski zdeponowany niegdyś w tamtejszych bankach ma wartość 10-20 miliardów dolarów. Chociaż Szwajcarom udało się wykazać, że są to sumy wielekroć przesadzone, wobec zagrożenia międzynarodową izolacją państwa musieli wypłacić około 1,2 miliarda dolarów. W następnej kolejności celem żądań - mimo wcześniejszych odszkodowań rządu RFN na rzecz Izraela wynoszących około stu miliardów marek - stały się firmy niemieckie, co do których nadal trwają spory. W ostatnich latach coraz głośniejsze żądania są podnoszone pod adresem Polski. Dialog katolicko-żydowski, z pierwiastkiem silnego uwrażliwienia na tragiczny los Żydów, staje się jednym z ważniejszych elementów forsowania takich żądań. Współczucie, żal i solidarność z cierpiącymi i ich rodzinami są przekładane na kategorie ekonomiczne i polityczne[... ]

http://www.naszawitryna.pl/jedwabne_537.html

mp3 utworzony 26.3.06  http://o.dialogu.z.zydami.patrz.pl

02:02, reakcja , SOWA
Link Skomentuj »
----- Original Message -----
Sent: Sunday, April 02, 2006 9:18 AM
Subject: Fw: Ladowanie Ks Chrostowskiego
 
Z powodu wielu zapytan podaje
miejsce ladowania
 
 
KC
objavio , 2. travanj 2006 2:24:00 | link | (1) komentari


igra: za ovu igru je važno da ne varaš. Znam da zvuči glupo ali ne bih je prosvjeđivala da se ni ja nisam iznenadila.Na kraju igre ćeš se dobro nasmijat naravno samo ako nećeš varati. Dakle ne gledaj što piše unaprijed već idi red po red.Možda ćeš se zbuniti kad budeš usred igre ali samo ostani cool i nastavi dalje.(imena ljudi trebaju biti samo osobe koje poznaješ).Igra će stajati 3 minute zato se koncentriraj i odgovaraj na pitanja refleksivno i s osjećajem.Osoba koja mi je poslala tu igru tvrdi da su joj se želje ispunile samo nakon 10 min.Sad uzmi list papira i piši red po red. 1.u stupac napiši brojeve od 1 do 11 2. ispred broja 1 i 2 napiši bilo koji broj...3. ispred broja 3 i 7 napiši imena osoba suprotnog spola...4. ispred broja 4,5 i 6 napiši imena (npr.prijatelja)...5.napiši 4 naslova pjesam ispred 8,9,10 i 11! SAD POŽELI NEŠTO! objašnjenje: ovu igru moraš poslati broju osoba koji je jednak broju koju si napisao pod 2...2.osoba pod brojem 3 je osoba koju voliš...3.osoba iza broja 7 je osoba koja ti je draga,ali nešto više od prijateljstva je nemoguće...4.na broju 4 je osoba s kojom si jako povezan...5.na broju 5 je osoba koju jako dobro poznajep...6. osoba pod 6 je tvoja srećonoša...7.pjesma pod brojem 8 odnosi se na osobu pod 3...8. pjesma pod brojem 9 se odnosi na osobu pod 7...9. pjesma pod brojem 10 te najbolje opisuje...10.pjesma pod brojem 11 najbolje opisuje tvoje osjećaje,razmišlajanja i stavove o životu... POŠALJI U SLJEDEĆIH NEKOLIKO MINUTA OVU IGRU DESETAK OSOBA I TVOJA ĆE SE ŽELJA ISPUNITI,AKO NE UČINIŠ DOGODIT ĆE SE SUPROTNO-10 ĆE TE GODINA PRATIT PEH!
Posjetitelj (Neregistriran) (Neregistriran), u 2. travanj 2006 2:29:00

sub - 01.04.2006

zamach kwietniowy żydów pozarządowych 3.04.2006 r.

Slika na MojBlogu

FUNDACJA  SOROSZEGO,

czyli tzw. Przedstawiciele środowiska pozarządowego

wystosowali [in spe] do władz państwowych otwarty list w sprawie nieprzychylnych wypowiedzi niektórych polityków i działaczy partyjnych pod adresem organizacji pozarządowych. Organizacje, które solidaryzują się z jego treścią, mogą się pod nim podpisywać do niedzieli (2 kwietnia 2006) włącznie, bo w poniedziałek http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/183766.html

lesbijki pozarządowe, nierządniki z balastrady,
żydzi i pedały,  fundacje, które nie mają własnych funduszy, ale mają za to pazernych założycieli i założycielkico dają sobie fundować z rządowych i pozarządowych źródeł, by nawet nie mamić w zamian sponsorów obietnicami rajskiej ułudy zaspokojenia społecznych potrzeb, kolejny oto raz narzucają w bezczelny sposób  Polsce zabytkową pieszczotliwość  swoich smutnych twarzy zatrwożonych o nienaruszalność własnej dupy.

W poniedziałek (3 kwietnia 2006) kopia listu wraz z podpisami zostanie wysłana do marszałków Sejmu i Senatu, szefów klubów parlamentarnych, Ministerstw Edukacji Narodowej i Polityki Społecznej, Rady Działalności Pożytku Publicznego, Sejmowej Komisji Edukacji Nauki i Młodzieży i prasy.

Opinia publiczna w Polsce nie zasłużyła sobie niczym na taką potwarz, a ludzie w Polsce mają prawo dowiedzieć się,  bez owijania w pampersy, co w tych pseudofundacjach śmierdzi?

SZMAL, SZMAL, którego fundatorom ciągle jest za mało, więc usiłują się dobrać do dupy politykom na najwyższych stołkach, żeby im na te ich kasacje odpalono z czoła Senatu RP. 

Do roboty, lenie! Do Irlandii, a nie do Syjamu, wynocha! Do pióra, a nie koło pióra.

Ana Liza Moczu z Góry Kalwarii, wierna słuchaczka Radia Fala 56

Wadowice: Dom Jana Pawła II kupiła fundacja Ryszarda Krauze
Wadowice: Dom Jana Pawła II kupiła fundacja Ryszarda K.

 

 3.4.2006 skok fundacji soroszego na kase państwa nie jego

http://unsinn.blox.pl/2006/04/342006-skok-fundacji-soroszego-na-kase-panstwa.html

 http://sowa.blogsource.com/post.mhtml?post_id=296607

objavio , 1. travanj 2006 17:15:00 | link | (1) komentari


Pa koji ti je to jezik????? Samo da ostavim trag...kizz
dj, u 1. travanj 2006 17:18:00

europäisches magazin - magazyn europejski Frankfurt am Main - Katowice - Poprad - Kraków